Friday, June 01, 2007

Dreamgirl

Jestem egzaltowana. Cóż...
Ten tydzień miał być najpewniej, w jakimś odległym założeniu, podjętym zapewne po którymś z odcinków Herosów, próbą. Jakimś sprawdzianem (tfu, tfu, kolokwium). Był, czy nie był, oto jest pytanie.
A ja wiem tylko, że teraz powinnam siedzieć w jakiejś małej salce i wytężać swój umysł w poszukiwaniu jakichś szczątek wiedzy na tematy, o których jeszcze trochę pomilczę.
I co ja mam z tym zrobić? Jak temu zaradzić? - pyta Chłopiec.
Nie da rady. Oba jesteśmy leniwe pierogi. Nie zmieniło nas nasze zacne liceum, które to podobno wzmaga dyscypline w człowieku, to tym bardziej spuszczeni z rodzinnej smyczy będziemy hasać po łąkach i polach nieświadomi swojej głupoty.
Takie z nas dwa beznadziejne przypadki, choć trzeba przyzać, że Chłopiec właśnie wymachuje nogami do żabki, a chlor mu twarz bryzga. Tym samym staje się moim bohaterem i wiem, że mu zależy. Wstał rano, znowu narobił szumu pakujać tzw. slipki w jednorazówkę, a ja tylko snem zamroczona powiedziałam: dałeś radę. A on na to: dałem. Pomyślałam: zwycięstwo.
Do mojego daleko. Od tygodnia mobilizuję się do przeczytania ostatniego rozdziału Bialostockiego, żebym mogła zwrócić książkę pilnie na nią oczekującej bibliotece wojewódzkiej. Biblioteka mnie ponagla, wiem, że za to wdzięczne ponaglenie zapłacę, ale trzymam się wersji, że ta cegiełka zmieni się w kolejne wydanie być może Białostockiego, albo takiego nie egzystencującego nigdzie Panofskiego i radość studentów będzie wielka, oj wielka.
Wracamy na weekend do domu. Spotkam się z rodziną i z kotem. Mam radość. To będzie ostatni wyjazd przed sesją. Z perspektywy takich przyjazdów i odjazdów dom zyskuje zupełnie inną wartość. Podobnie jest z Poznaniem. Mam tu zapamiętanych mechanicznie kilka tras, głównie autobusowychi cały czas czuję się jak turysta. Moje rodzinna miasto, choć brzydkie i jestem w stanie przejść piechotą z centrum do domu bez mrugnięcia okiem, miejsce, w którym nic się nie dzieje, choć wszystcy mówią, że postawiono bulwar i nowe centrum handlowe jest już w drodze, w każdym razie to miasto za którym nie przepadam jest jednak moim miastem. Udomowionym.

I tym nostalgicznym akcentem zakończę popijając kolejny łyk Żywca (Zdrój), a w przyszlości dorzucę jakiś update ze zdjęciami, bo treści nowej chyba póki co nie będzie, jako że mam niewiele do powiedzenia.

4 comments:

A said...

Also coz moge powiedziec o leniwych pierogach. Ze ich natury zmienic sie nie da. Swoja droga nazwa taka dosyc dziwna dla maki z serem. Ale nic. Wiec moze niech beda te pierogi pracowite. Chociaz przez pewien czas, chlor ble, ale to efekt uboczny dobrych checi. A slonce dopieka i wakacji sie chce :> az za bardzo, by byc efektywnym i skutecznym w trudach sesyjnych. A moze to jakis efekt axe??? Kto wie - pewnie z czerwonej torebki tinkywinkiego :P

Marta said...

Nie takie znów brzydkie i nie tak znów się nic nie dzieje, bo np. takich spotkań jak "re-animacje sztuki" w Poznaniu ni ma, a szkoda.
Ostatnio odkryłam, ze narzekanie na miasto rodzinne jest pena normą, kiedy kolega z Poznania powiedział, ze oto "Tu sie nic nie dzieje, fajne zespoły nie przyjeżdżają, taka brzydka, zabita dziura".

powodzenia

Córa said...

Czacz mamuś! Powrót do świata wirtualnego, hehehe:P Pichu leniucha już nie ma, bo nie mam nic do roboty, to sprawa prosta. Ale do szkoły mykać się nie chce, wiedząc, że te pare godzin przesiedzimy pierdząc w stołek, dosłownie i w przenośni.xD Jednak miło jest w gronie klasy pograć sobie w karty, hehehe.:D Hazardzistka się ze mnie staje:P Mamuś, wierzę w Ciebie, pozbądz się tego leniucha, choć wiem jakie to trudne, bo to rodzinne:P Tęskno!!! Ale cóż mam począć, muszę czekać na mamusię i Ojca, ehhhh...
Pichu też po dłuższym czasie lubi wracać do Gorzowa. Staram się widzieć więcej urokow tego miasta, bo uroki ma, mało, ale jednak.^^ I naprawdę jest lepiej niż kiedyś.:) Ale też z tąd wyjadę na dobre, chce nawet wyjechać z naszego kraju, jakieś plany snuje, coś ostatnio na ambicje mnie wzięło.xD Niech Twa ambicja też ukaże swe skrzydła i wyniesie Cię aż na wyżyny sukcesów sesyjnych;)

Córa said...

Mamuś, napisz coś tu w końcu!:P