Jestem egzaltowana. Cóż...
Ten tydzień miał być najpewniej, w jakimś odległym założeniu, podjętym zapewne po którymś z odcinków Herosów, próbą. Jakimś sprawdzianem (tfu, tfu, kolokwium). Był, czy nie był, oto jest pytanie.
A ja wiem tylko, że teraz powinnam siedzieć w jakiejś małej salce i wytężać swój umysł w poszukiwaniu jakichś szczątek wiedzy na tematy, o których jeszcze trochę pomilczę.
I co ja mam z tym zrobić? Jak temu zaradzić? - pyta Chłopiec.
Nie da rady. Oba jesteśmy leniwe pierogi. Nie zmieniło nas nasze zacne liceum, które to podobno wzmaga dyscypline w człowieku, to tym bardziej spuszczeni z rodzinnej smyczy będziemy hasać po łąkach i polach nieświadomi swojej głupoty.
Takie z nas dwa beznadziejne przypadki, choć trzeba przyzać, że Chłopiec właśnie wymachuje nogami do żabki, a chlor mu twarz bryzga. Tym samym staje się moim bohaterem i wiem, że mu zależy. Wstał rano, znowu narobił szumu pakujać tzw. slipki w jednorazówkę, a ja tylko snem zamroczona powiedziałam: dałeś radę. A on na to: dałem. Pomyślałam: zwycięstwo.
Do mojego daleko. Od tygodnia mobilizuję się do przeczytania ostatniego rozdziału Bialostockiego, żebym mogła zwrócić książkę pilnie na nią oczekującej bibliotece wojewódzkiej. Biblioteka mnie ponagla, wiem, że za to wdzięczne ponaglenie zapłacę, ale trzymam się wersji, że ta cegiełka zmieni się w kolejne wydanie być może Białostockiego, albo takiego nie egzystencującego nigdzie Panofskiego i radość studentów będzie wielka, oj wielka.
Wracamy na weekend do domu. Spotkam się z rodziną i z kotem. Mam radość. To będzie ostatni wyjazd przed sesją. Z perspektywy takich przyjazdów i odjazdów dom zyskuje zupełnie inną wartość. Podobnie jest z Poznaniem. Mam tu zapamiętanych mechanicznie kilka tras, głównie autobusowychi cały czas czuję się jak turysta. Moje rodzinna miasto, choć brzydkie i jestem w stanie przejść piechotą z centrum do domu bez mrugnięcia okiem, miejsce, w którym nic się nie dzieje, choć wszystcy mówią, że postawiono bulwar i nowe centrum handlowe jest już w drodze, w każdym razie to miasto za którym nie przepadam jest jednak moim miastem. Udomowionym.
I tym nostalgicznym akcentem zakończę popijając kolejny łyk Żywca (Zdrój), a w przyszlości dorzucę jakiś update ze zdjęciami, bo treści nowej chyba póki co nie będzie, jako że mam niewiele do powiedzenia.
Friday, June 01, 2007
Subscribe to:
Posts (Atom)
