Wednesday, October 24, 2007

TADAIMA ~!!

Z braku zapału i pomysłów cicho tu.
W tak zwanym życiu prywatnym możnaby powiedzieć, że sporo się dzieje, jak i to, że nie dzieje się w zasadzie nic. Zawieszenie w bałaganie i niepewność. Przygnębienie przełamuję czekaniem, którego rytm jednostajny podpożądkowuję oglądaniu różności i przeszukiwaniu sieci na różne projekty, do których mam nadzieję niedługo znajdę zapał.

W ramach akcji "Napisz nową notkę!" powklejam takie tam miniaturki video-yutubowe.
Wszystkich animofili, którym brak jest czegoś świeżego w j-animacji i nie tylko ich zachęcam do zapoznania się z twórczością Studio 4°C. Natomiast każdemu bez wyjątku polecam obejrzenie tegoż anime. Zwłaszcza kiedy za oknem buro, a w mieszkaniu kiepsko grzeją.


Kung-fu Love, 3 short film z serii Amazing Nuts!


End of the World, 2 short film z serii Punch


Passion, videoklip dla Utady Hikaru

I tyle. Na koniec pozdrawiam Córkę !
(\__/)
(O.o) <~ to królik, a to coś pikapika dla Ciebie ~> (>'-')>
( > < )



Friday, June 01, 2007

Dreamgirl

Jestem egzaltowana. Cóż...
Ten tydzień miał być najpewniej, w jakimś odległym założeniu, podjętym zapewne po którymś z odcinków Herosów, próbą. Jakimś sprawdzianem (tfu, tfu, kolokwium). Był, czy nie był, oto jest pytanie.
A ja wiem tylko, że teraz powinnam siedzieć w jakiejś małej salce i wytężać swój umysł w poszukiwaniu jakichś szczątek wiedzy na tematy, o których jeszcze trochę pomilczę.
I co ja mam z tym zrobić? Jak temu zaradzić? - pyta Chłopiec.
Nie da rady. Oba jesteśmy leniwe pierogi. Nie zmieniło nas nasze zacne liceum, które to podobno wzmaga dyscypline w człowieku, to tym bardziej spuszczeni z rodzinnej smyczy będziemy hasać po łąkach i polach nieświadomi swojej głupoty.
Takie z nas dwa beznadziejne przypadki, choć trzeba przyzać, że Chłopiec właśnie wymachuje nogami do żabki, a chlor mu twarz bryzga. Tym samym staje się moim bohaterem i wiem, że mu zależy. Wstał rano, znowu narobił szumu pakujać tzw. slipki w jednorazówkę, a ja tylko snem zamroczona powiedziałam: dałeś radę. A on na to: dałem. Pomyślałam: zwycięstwo.
Do mojego daleko. Od tygodnia mobilizuję się do przeczytania ostatniego rozdziału Bialostockiego, żebym mogła zwrócić książkę pilnie na nią oczekującej bibliotece wojewódzkiej. Biblioteka mnie ponagla, wiem, że za to wdzięczne ponaglenie zapłacę, ale trzymam się wersji, że ta cegiełka zmieni się w kolejne wydanie być może Białostockiego, albo takiego nie egzystencującego nigdzie Panofskiego i radość studentów będzie wielka, oj wielka.
Wracamy na weekend do domu. Spotkam się z rodziną i z kotem. Mam radość. To będzie ostatni wyjazd przed sesją. Z perspektywy takich przyjazdów i odjazdów dom zyskuje zupełnie inną wartość. Podobnie jest z Poznaniem. Mam tu zapamiętanych mechanicznie kilka tras, głównie autobusowychi cały czas czuję się jak turysta. Moje rodzinna miasto, choć brzydkie i jestem w stanie przejść piechotą z centrum do domu bez mrugnięcia okiem, miejsce, w którym nic się nie dzieje, choć wszystcy mówią, że postawiono bulwar i nowe centrum handlowe jest już w drodze, w każdym razie to miasto za którym nie przepadam jest jednak moim miastem. Udomowionym.

I tym nostalgicznym akcentem zakończę popijając kolejny łyk Żywca (Zdrój), a w przyszlości dorzucę jakiś update ze zdjęciami, bo treści nowej chyba póki co nie będzie, jako że mam niewiele do powiedzenia.

Friday, April 20, 2007

pierrot le fou

Kilka przypadków Pana Kacka:
(zdjęcia nowe czekają gdzieś trzymane w aparaciej pamięci, póki co odgrzewane kluchy)





Zacznę od opisania miejsca zdarzenia i niech to posłuży za "be aware of" ciągu dalszego tego opowiadania.
Zatem siedzę przy stole, a Chłopiec śpi na łóżku. Nie wiem jak długo śpi. Pasowało by jeszcze dopisać, że nie wiem która godzina, ale zdałam sobie sprawę, że zegarek komputrowy znajduje sie koło innych kilku ikonek i że podobnie jak one jest raczej widoczny. Przed osiemnastą. Chłopiec powiedziłby, że to już koniec dnia. Ja poprzestanę na stwierdzeniu, że jest to kolejna godzina mojego NNR. Nic Nie Robienia. Na zewnątrz powiewa pewnie kuszący wietrzyk w kolorach wczesnowiosennych, tej niegrzecznej Wiosny Pani, która rzuciła na mnie jakąś klątwę. Ale. "Dajdziobu!", jak powiadają Japończycy. Nadchodzi chwila wielkiego Przebudzenia, moje zbawcze satori.
Satori Seszyn.
Wszystkie moje ambitne przemyślenia bledną proszę państwa. Za każdym razem gdy wchodzą w grę wielkie nazwiska jestem zmuszona spóścić głowę. Prawda to, że nie można zabronić mi własnego zdania mieć, ale mętny mój dyskurs. Krucha wiedza. I płocha. Użyłabym jeszcze kilku metafor ale nie chcę popadać w zbytni pesymizm, tak czy inaczej jest to totka o niczym. O bezmiarze bałaganu na moim stole, niepozmywanych naczyń, niepowyrzucanych sreberkach po czekoladach i ledwie nadgryzionych długopisem notatkach... Zaniedbanie powinno być największym grzechem. Kiedyś obudzi mnie koszmar, w którym zakopuje Talenty w ziemię. Nie ma na to usprawiedliwienia.
A przecież mam fantastyczne studia. Serio. Chleba po nich nie będzie, ale co za satysfakcja.
W poniedziałek dzień wielkiej 20% obniżki w Kapitałce. Idziemy kupić książki, które być może kiedyś przeczytamy. Chłopiec już liczy ile najwięcej zaoszczędzimy wydając określoną sumę. Doszliśmy do 200zł i zrobiło to na nas wrażenie.
Takie z nas dwie puste deski.

__________________________________
** w tekście tym zamiast słowa "notka" pojawił sie dziwny nowo-twór. Postanowiłam go zostawić ze względów estetycznych.

Tuesday, February 20, 2007

Już wtorek?



Seria ornitologiczna:
(ponieważ mamy takich przyjaciół za oknem, którzy odwiedzają nas codziennie. Zdaje się, że zgubili drogę nad morze, albo to ja mam błędne Bedeutung rzeki Warty... proponuje w powiększeniu, tak tak.)

Dziś nie będę narz/żekać.
Dziś mi w uszach gra.
;)))
_____________________
muzyka z anime honey and clover, miałam farta. Znalazłam sieciowe radio. Kto ma ochotę niech sobie posłucha.
(mam sentyment do muzyki z anime, a już z tego anime jakoś szczególnie...)
**klik!**


Friday, January 26, 2007

Dzień Dobry panie Popper!




**z dedykacją dla c ó r k o w s k i e j: **

W tym trudnym okresie jaki teraz tuła los większości studentów moje poczucie empatii, ogólnego łączenia się ze światem i innymi żuczkami wielką pępowiną pokoju i miłości bierze tak zwana Cholera. Centrum mego wszechświata jestem JA, Pantokrator Wielki, dyspozytariusz sprawiedliwości, który za złe karze, a za dobre nie ma czasu wynagradzać. Wszystko co mu staje na drodze poddaje surowemu osądowi, który w przeważającej większości przypadków wychodzi na niekorzyść owego wszystkiego. W ten sposób życie we wspólnocie, pod jednym dachem (na) Przyjaźni staje się uciążliwym faktem. Zważywszy na to, że w którymś momencie ciśnienie mi opadnie i znów stanę się do rany przyłóż, tak to ja znowu... Tymczasem wszędobylą mi się współlokatorzy, rano, wieczorem, przy kawie i przy herbacie. I nawet Chłopcu zdarza się być w niewłaściwym miejscu w porze na przykład cukierka.
A wszystko dlatego, że nie ma kota. Został w dalekim Gorzowie, i pozostanie daleki jeszcze przez dwa tygodnie kilometrów, jak nie dłużej.

Dopisano >>
Wczoraj z Chłopcem nawet udalo nam się znad papierów, kserów i notatków porozmawiać na trochę bardziej (w naszym wydaniu) ambitne tematy dotyczące (co żadko się zdarza akurat w takiej wersji) tematyki naszych studiów.
Dla przypomnienia:
Kultura jest to zbiór przekonań normatywnych i dyrektywalnych, które powszechnie respektowane są w danej społeczności, tworzą uwarunkowania subiektywno-racjonalne działań funkcjonalnych względem ustalonego stanu globalnego owej społeczności potraktowanej jako kontekst strukturalny tych działań.
Doszliśmy do ciekawych wniosków.
Naszym celem jest siągnięcie geniuszu. Respektowaną przez ogół (społeczeństwo jako kontekst) dyrektywą służącą jego osiągnięciu są oczywiście studia (tu- duży skrót myślowy, ponieważ oczywiście są i inne metody, geniusz może również rozwijac się samoistnie, my jednak wybieramy tę opcję, albowiem...), zakładamy że jesteśmy jednostkami racjonalnymi, które ze względu na ową racjonalność z puli możliwości wybiorą tą, która zaprowadzi ich do celu drogą najlepszą z możliwych (koncepcja idealizacyjna). W tym miejscu dochodzimy do punktu wyjścia.
Mało tego, zjadamy własny ogon, zachłystując się naszą racjonalnością. Zawsze można otworzyć budkę na straganie i malować tipsy wzorami fresków z Kaplicy Sykstyńskiej...

A znają państwo ten dowcip?:

PS: Guess who? :
; ))