Monday, November 13, 2006

mewa na niebie

Mam taki przyjemny szalik, który dostałam od opiekuńczej siostrzenicy. Wtulam w niego mój podbródek kiedy cisnę się w autobusach w czasie szczytowej aktywności Poznaniaków jadących niwiadomo gdzie. Ja pewnie do domu, albo w poszukiwaniu jakiejś słodkiej radości dla mojego Chłopca. Ludzie- istoty z gruntu egoistyczne i wykalkulowane i panna równie wykalkulowana co rozrzutna. Ostatnimi czasy mój minimalizm cierpi na ubytki...
All the leaves ae brown and the sky is gray.
I've been for a walk on a winter's day.
I'd be safe and warm if I was in L.A.;
California dreamin' on such a winter's day.
(The mamas and The Papas, California dreamin')
Weekend. Mieszkanie na os Przyjaźni gwałtownie schudło. Popadło w melancholię, więc wraz z panną Kingą postanowiłyśmy odświeżyć jego szatę wizualną. Jak się okazało, pociągnęło to za sobą badania archeologiczne nad tajemnicami kryjącymi się na naszych panelach podłogowych. Dokonując szacowania stwirdziłam, że na naszej podłodze rozbiło prywatny obóz najwięcej włosów Grzegorza, albo Pauliny, albo i jej i jego. W każdym razie- długich blond. Ciekawszy materiał genetyczny, z którego jednak zrezygnowałam stanowiły obcięte paznokcie, prawdopodobnie stóp. Ciężko stwierdzić, w każdym razie obcięte, profesjonalnie obcinaczką. Kacek wlożył również swój wkład w błyszczącą podłogę torpedując a każdym razem kupki kurzu i innych ustrojów piętrzące się i czekające na szufelkę. zostałam przy okazji nazwana "głupią babą", bo trzepałam na balkonie (4th floor) dywan toaletowy. Jak można ludziom kurzyć na glowy? No jak, pytał się starszy pan, autor eleganckiego epitetu ("głupia baba"), spacerujący chodnikiem pod naszym blokiem. Chciałam krzyknąć, że jeśli pożyczy mi odkurzacz albo trzepaczkę z przyjemnością zrobię to w inny sposób. Ale tylko wystawiłam mu język. Po przedszkolnemu i uciekłam do domu. Wstyd mi trochę za siebie, ale tylko trochę.
Ja też bym mogła schudnąć, z tęsknoty za Chłopcem na przykład. Ale panna Kinga dba o to żeby jadła obiad i nie musiała robić sobie pseudo won-ton makaronów, które pod wpływem obejrzanych Wong Kar-Wai'ów wciągam wraz z sosem sojowym i przyprawami. Skończy się na tym, że niczym główny bohater Chung King Expressu wypomnę melonowemu mydłu łazienkowemu, że się gwałtownie skurczyło.
Pewnego dnia mieszkanie zostało odwiedzone przez Asię. Zrobiło się jeszcze głośniej niż zwykle, ale tym razem chyba nikt nie mial w związku z tym pretensji. Wtedy też ogladaliśmy Wong Kar- Wai'a, spaliśmy na złączonych łóżkach, późną nocą wyjadaliśmy tictaki spod poduszki. Tylko nasze dwa aparaty nie wyeksplikowały żednego nowego obiektywu, mimo, że zamknęliśmy je sam na sam w szafie na całe dwie noce...
Wraz z pojawieniem sie szybkich wieczorów spędzanie czasu w bibliotece staje się uciążliwie meczące. Mieszkanie nie sprzyja jednak zdobywaniu wiedzy, nie ma też potrzebnych zapasów książkowych by wzbudzać chociaż wyrzuty sumienia, mimo sporej ilości zbiorów na naszym parapecie. Nie lubię wieczornych powrotów. Widząc znajome bloki, wiem, że po powrocie zacznie się odliczanie do dnia następnego. Przedłużam sobie spacer, idę okrężną drogą, wstępuję do marketu gdzie wynajduje jeszcze nie przeczytane artykuły w gazetach których przecież nie kupię. Kupię za to czekoladę dla siebie i Chłopca. Bo czekolada sprzyja integracji i stwarza możliwości, że może obejrzymy coś znowu, na przykład jakiegoś kolejnego Wong Kar-Wai'a?