Jesień przybyła wraz z Chłopcem dobry miesiąc temu, tymczasem daje się odczuć w pełni dopiero teraz. Do tej pory szczelnie zasłonięta żółtą chustką broniłam się dzielnie przed wszelkim wirusostwem, które zdwójkowało w domostwie zarówno pannę Kingę jak i Chłopca. Twardo trzymam status quo, aż dziw bierze... Na weekend ogarnia mnie fala nieróbstwa, po weekendzie mam wyrzuty sumienia, generalnie myślę o tym by jakaś świeta moc zlitowała się nade mną i pokazała mi tę właściwą ścieżkę przyszłej kariery zmuszając tym samym pozostałe mi jeszcze szare komórki do większej wydajności, póki jeszcze są, póki młodam...Stojąc w zatłoczonym tramwaju mam wrażenie, że czas wcale nie ruszył z miejsca, że wiecznie będę uwięziona w takim dniu świstaka, niezdolna do jakichkolwiek zachowań kontrfaktualnych. Dziś nie różni się wiele od wczoraj niecały rok temu. I tak zataczam jakieś takie pokraczne kółko. Powiedziałam Chłopcu dnia któregoś, a w każdym razie ostatnio, że mam naprawdę ambicje żeby spróbować zacząć ten drugi kierunek, że jestem pewna co do japonistyki, że chciałabym. podkreśliłam to wypiekami na policzkach i żywą gestykulacją, wyszło mi to zupełnie naturalnie. Spotkałam się z grymaśnym śmiechem i czymś na kształt rozbawienia, ponieważ jak się okazało pół roku temu mówiłam to samo, z tą samą pewnością. Jak tu siebie traktować serio?
Spacerując z Chłopcem pod rękę, rozmawiając o naszych studiach, robiąc z
djęcia, myśląc o wspólnym kakao i zabawach z kotem, który jest bardziej nasz niż mój myślę sobie, a może i usprawiedliwiam się niecnie, że wszystko jest na swoim miejscu. i tylko jeszcze trochę, jeszcze ciut i dopnę swego, czymkolwiek mialoby to być.Jest motywacja. Tylko czasem o niej zapominam, czasem mam zbyt dużo pomysłów, żeby w chwilę później stwierdzić, że żadnego z nich tak na prawdę nie jestem warta.
Ach, przeciętność.

