Monday, August 07, 2006

Part one: neighbourhood

Nie wiem od czego zacząć.
Może najłatwiej od własnego podwórka? Dzielnica w strefie trzeciej. W zasadzie na pograniczu strefy 3 i 4. Czyli już niebardzo turystycznie... ale koszów na śmieci na ulicy i tu nie uświadczysz. Podobnie z ławkami dla spragnionych odrobiny odpoczynku pielgrzymów. East Ham to dzielnica kolorowych. Każda dzielnica ma swoją główną High Street wokół której rozmieszczona jest wszelka miejscowa działalność handlowo- gospodarcza. W przypadku East Ham High Street było to głównie hinduskie kramiki odzieżowe, gdzie główną atrakcją były stylowe sari we wszystkich kolorach benetonu (fani bollywoodu wiedzą w czym rzecz, a dla mniej zorientowanych umieszczę za jakiś czas zdjęcia autorki przebranej za hinduskę). Poza tym miejscowe junk foody, z kuchnią hinduską z tajemniczym napisem 'halal', który w końcu rozszyfrowaliśmy jako ichni odpowiednik potraw koszernych. Poza tym miejscowe biedronki, czyli sieć sainsbury, produkująca najlepsze serki czosnkowo-ziołowe do obrzydliwych tostów, których nie planuję jeść przez następne pół roku conajmniej. Oprócz tego kusiły wszelakie niebylejakie promocje. Anglicy mają tendencję do sprzedawania rzeczy 3 w cenie 2, albo 2 ale zaoszczędzasz X funtów. Albo wielopaków. Kusi wszystkie możliwe odmiany czekolady Cadbury- odpowiednika naszego rodzinego Wedla. Poza tym rynek zbytu nie obyłby się bez hinduskiej elektroniki, gdzie uraczyć nas można wszystkim co ma śróbki, płytki, słuchawki, i co musisz posiadać, tylko jeszcze o tym nie wiesz. Oraz usługi reparacyjne pt. zdjemujemy simlocki z każdego modelu telefonu komórkowego. Co jest grubą przesadą. Ponieważ żaden z owych przemiłych hindusów prezentujących uśmiech numer 5 za każdym razem jak widzą cię na horyzoncie, nie potrafił zdjąć simlocka z mojego zacnego siemensa. Ah, przygoda. Przeszłam high street wzdłuż i wszeż, zaliczając każdego oferującego usługę się hindusa i dostając w zamian jedynie tak znienawidzone 'don't work, not easy, i'm sorry' i szeroki uśmiech...
Dom. W domu codziennie robione było pranie. Mokre szmatki schły w tych angielskich upałach bardzo szybko, ale i szybko spowrotem wchłaniały wodę, ze względu na kaprysy angielskiej pogody. Czasem słońce, czasem przelotny deszcz. Krótki i mocny, jak grad spadający w uliczny smog wielkimi kroplami. chwila wytchnienia w katorźniczych upałach. I schnąca bielizna, jak we Włoszech- motyw przewodni.


1 comment:

Anonymous said...

ha! już można.. :)